piątek, 29 października 2010

Nostalgia/Nostalgia


Dziś takie mydło-powidło.

Całkiem przypadkowo w zeszły weekend trafiliśmy na wydmy pośród mazowieckiego lasu. Wybraliśmy się na grzyby, ale takowe były już tak wyschnięte, że w zasadzie bez sensu było je zbierać - cóż, w przyszłym roku wybierzemy się wcześniej:)

Today about many things. 

Quite by chance last week we came accros those dunes close to Warsaw. We wanted to find some mushrooms but they were already so dry that it made no sense to pick them up - we will do that earlier next year:)


Krajobraz pustyni, ale słońce za mgłą/Dessert landscape but the sun enveloped in fog


Ktoś przed nami odkrył to miejsce:)/Somebody before us discovered this place



Wola przeżycia jest ogromna/Will to survive is great



Zaniedbałam ostatnio tematykę kuchenną, po części dlatego, że latem nie chciało mi się siedzieć w kuchni i eksperymentować z nowymi recepturami. Teraz obiecałam sobie poprawę. Na pierwszy ogień poszła zupa cytrynowa. Cała filozofia jej sporządzenia to przygotowanie lekkiego rosołu drobiowego. Oddzielnie gotujemy ryż. Zaprawiamy śmietaną zmieszaną z mąką i dodajemy stopniowo sok z cytryny-byle nie przesadzić:) Smak mojego dzieciństwa.

Lately I neglected culinary subjects, partly because I did not want to spend long time in kitchen during summer. Now I decided to do that again. First I tried lemon soup. The whole philosophy of preparing this soup is to make light chicken broth. Then you add cream mixed with flour and step by step lemon juice - you have to watch out in order not to exaggerate:) Taste of my childhood.



Kolejny pomysł to schab z frankfurterkami, choć oczywiście równie dobrze może być to chociażby kabanos. Ponieważ rzadko smakuje nam jakakolwiek wędlina ze sklepu, często pieczemy sobie schab, dotychczas głównie tradycyjny -  z majerankiem. Ten jest obtoczony w słodkiej i pikantnej papryce i ziołach prowansalskich.

Another idea is joint of pork with sausage. Because we hardly ever like ready smoked ham and sausages we often do traditional Polish joit of pork - baked with marjoram. This one is additonally with sweet and spicy paprika.


Kończę na dziś ten miszmasz - może jutro zaświeci słońce:)
I am finishing for now, maybe tommorow it will be sunny:)

Na prośbę dopisuję jeszcze przepis na schab.


W mięsie należy naciąć ostrym nożem wzdłuż otwory, w które wkłada się farnkfurteki. Mięso smarujemy oliwą i nacieramy przyprawami (ostra i słodka papryka, sól, pieprz, zioła prowansalskie, oregano) – odstawiamy na kilka godzin do lodówki. Pół kostki masła kroimy na kawałki i obkładamy mięso w formie do pieczenia. Piekarnik rozgrzewamy do 240 stopni i pieczemy ok. 30 min, potem zmniejszamy temperaturę do 200 stopni i pieczemy jeszcze godzinę, smacznego!


On request I am adding a recipe for joint of pork.

You need to makes wholes longwise in the meat with a sharp knife in which you put the sausages. Meat should be spread with olive oil and with spices (sharp and sweet paprika, salt, pepper, Provence herbs and oregano) –it has to stay in a cold place for a few hours. A half of butter should be cut into pieces and placed on the meat. You bake it in 240 Celsius degrees for half an hour and than in 200 Celsius degrees one hour more. Bon appetite!

poniedziałek, 25 października 2010

Księżycowy krajobraz el Teide/El Teide-lunar landscape



El Teilde – wulkan po środku wyspy Teneryfa. Piękny, ale nie polecam wejścia trasą nr 7 podczas upałów czy jak się nie ma naprawdę dobrej kondycji.
El Teide - volcano in the middle of Tenerife island. Beautiful but I do not recomand the rout no. 7 during heat or if you are not really fit. 

Wyrobiliśmy sobie dużo wczesniej Internetowe pozwolenie na wejście na sam szczyt, na pewno warto – piękne widoki wokół wulkanu, można przekonać się, że jest to wierzchołek zapadniętego dużo większego szczytu w kalderę, której stanowi północną część.

We received much earlier Internet permits to access the top. It is wort seeing - beautiful views of the volcano, you can see that it is a top of another much higher volcano which fell into the caldera.



My wjechaliśmy pod szczyt kolejką za 12,50 euro od osoby i zaplanowaliśmy zejście, jednak nawet zejście jest mordęgą, gdy zaczynasz się ślizgać po obsypującym się żwirze poniżej schroniska.

We accessed the top by the cable car (12.50 EUR) and we decided o climb down but even that was terribly tiring when I started to slide on the grave under the mountain chalet .


Na samym szczycie zapach siarki, aż zaparowało mi okulary jak z jakiejś rozpadliny wydobył się gorący wyziew.  Mam nadzieję, że służby sejsmiczne dobrze monitorują to zjawiskoJ

On the top you can smell sulphur in the air and my glasses missted up when from one of crevices suddenly escaped hot fumes. I hope that state services are monitoring this:)


Formacje skalne najlepiej podziwiać przy schodzeniu. Zaczyna się od skał w kolorze siarkowo – rudym, które następnie w dół przechodzą w czarną zastygłą lawę, poprzez biały pumeks do drobnego białego żwirku obsypującego się spod butów.

The best option to see the rocks is when you climb down the slope. First the rock formations are sulphuric - reddish brow, then they change into black lava and white pomice and small gravel.


Zejście w dół zajęło ok. 4 godzin, trochę pobłądziliśmy skręcając na Montana Blanca, potem meandrowaliśmy już szlakiem w dół. El Teide pochłonęło ofiarę w postaci mojego służbowego telefonu, który znalazł dziwny człowiek, więc postanowiłam zablokować numer, nie czekając, że obdzwoni wszystkie możliwe zapisane w komórce numery.

Climbing down took app. 4 hours, we lost a little bit the way when we turned to Montana Blanca. A victim of El Teide was my mobile - I lost it somehow at the slope so I had to disconnected it from the net beacause somebody found it and began to call each number.






Na samym szczycie/Right on the top




Kilka wskazówek – po pierwsze, po drugie i po trzecie buty trekkingowe powyżej kostki, poza tym nie wchodzić pod żadnym ale to żadnym pozorem w klapkach, zwłaszcza spod prysznica, jak uczynił to jeden z widzianych przez nas turystów, po trzecie zapas wody jest bardziej potrzebny po zejściu z samej góry, gdy krąży się przez tufową pustynię, nie wiedząc w zasadzie czy się nie zboczyło ze szlaku. Wreszcie trzeba się mocno sprężyć, jedyny autobus wraca o 16, trzeba zdążyć bo inaczej umarł w butach, a czasu jest dramatycznie mało, żadne więc posadówki dłuższe niż 3 minuty definitywnie nie wskazane;-)

Some advices - first of all you need good trekking shoes, secondly never ever climb in any kind of flip - flops (I saw some people in this type of shoes), thirdly drinking water is even more necessary when you climb down because you end up at some sort of a desert with no water or civilization at all. Finally you need to harry up if you come by bus because the firts and at the same time the last bus comes back at 4 p.m. so there is no really time to make longer breaks:-)



Zastygłe formacje wulkaniczne/Lava formations







Fantastyczny widok na dolinę pod wulkanem/Fantastic view over the vally under the volcano



Jedyna roślinność porastająca zbocza wulkanu to mizerne kępy traw
The only plants that grow on the slopes is this poor grass.



Schrinisko na zboczu el Teide-można w nim zanocować i zdobywać szczyt o poranku, zanim zacznie się upał/The chalet on El Teide - you can stay here overnight and climb the mountain in the morning when it is not so terribly hot.






wtorek, 19 października 2010

Miasto motyli/Town of butterflies


Przede wszystkim bardzo dziękuję za przemiłe komentarze do poprzedniego posta! Ostatni weekend minął bardzo szybko i intensywnie – byliśmy w teatrze Polonia na „Dowodzie” i rodzinnej imprezie urodzinowej. Nawet nie miałam czasu, żeby zabrać się za blog. Nadrabiam więc dziś zaległości i powracam do ostatniego pobytu na Teneryfie, zabierając wszystkich chętnych w podróż do świata kolorów i przyrody.


First of all I would like to say thank you for all your very nice comments to the last post! Last weekend has gone so quickly and it was rather intense – we were in Polonia Theater to see a play called “Proof” and at a family birthday party. I didn’t even have time to get down to my blog. Today I am catching up on delays and I am returning to our stay on Tenerife, taking everybody for the trip to the world of colors and nature.


Z ostatnio opisywanego przeze mnie Garachico pojechaliśmy do miejscowości o wdzięcznej nazwie Icod de los Vinos. Miasto podobało mi się nieco mniej niż Garachico, ale na pewno też warto go odwiedzić. Głównym punktem turystycznym jest ponad 800 - letnie smocze drzewo – El Drago (moja sadzonka, odpukać w niemalowane, nadal rośnie, choć z niepokojem obserwuję na niej odrobinę zażółceń). Bezpośredni dostęp do drzewa jest, a jakże, płatny, ale z odnogi głównego placu widać je doskonale.


From Garachico, the town I described in a last post about Tenerife, we went to another town with a charming name – Icod de los Vinos. We liked the town a little bit less than my favorite Garachico but it is also worth visiting. The biggest tourist attraction is an approximately 800 – year old dragon tree – El Drago (my seedling, touch wood, is still growing but I am a bit anxious about yellow spots that appeared on it lately). Direct access to the tree is, of course, not free but you can admire the tree from the main square for free.


Lepiej chyba wydać 1 Euro na wejście do kościoła San Marcos, gdzie mieści się wystawa sztuki sakralnej. Nie należy jej omijać, gdyż jej główną atrakcją jest prawie 3 metrowy srebrny krzyż wykonany w Meksyku, techniką filigranową. Jest on rzeczywiście misternie „utkany” ze srebrnych elementów i robi wrażenie. Po drodze do Puerto Dela Cruz widzieliśmy co najmniej 2 draceny uprawiane z przeznaczeniem chyba na lokalne atrakcje turystyczne, gdy smocze drzewo w Icod de los Vinos wreszcie uschnie, można powiedzieć, że ich uprawa to jak inwestycja w przyszłe pokolenia;-)

It is better to pay 1 Euro to visit the chuch of San Marcos when the exhibition of sacral art is located. You shoud not avoid it as you can admire there a 3 – meter silver cross from Mexico. It is really impressive. On the way back to Puerto de la Cruz we saw at least 2 dragon trees cultivated with purpose for local tourist attraction when El Drago in Icod de los Vinos finally withers, so you can say that their cultivation is like investment in the future generations;-)

 

Jeszcze jednym obiektem godnym wizyty w Icod de los Vinos jest motylarnia – przegapiliśmy ją przy pierwszej bytności w Icod, ale zachęceni ulotkami turystycznymi, postanowiliśmy jeszcze raz przecisnąć się przez tłum naganiaczy do knajp oraz turystów fotografujących się na tle El Drago. Wejście do motylarni kosztuje nie mało – 7.5 euro z głowy, ale jak ktoś lubi takie przybytki, nie będzie zawiedziony.


One more thing worth visiting in Icod de los Vinos is a butterfly zoo – we skipped it somehow when we first visited Icod but attracted with tourist leaflets, we decided to go once again through the crowds of restaurant workers asking to visit their restaurants and tourist wishing to make a photo under El Drago. The entrance is not cheap – costs 7,5 Euro but if somebody likes such places, won’t be disappointed



Po motylarni spaceruje prawdziwy gekon. W pierwszej chwili myśleliśmy, że to rzeźba, dopóki nie łypnął do nas okiem;-)


A salamander is living in the butterfly zoo. First we thought it was a sculpture until he (she?) rolled his eye to us;-)


Miejsce jest w mojej ocenie dość kontrowersyjne - z jednej strony na wolności motyle będą i tak żyły tylko 3 tygodnie, tu pewnie tyle samo, ale czy w tym czasie muszą kręcić się wokół tłumy ludzi?/A place is a bit controvercial - on one hand those butterfly would live also outside no more that 3 weeks but why during their life so many people must be around?


Z drugiej mają chyba wszystko to, co do motylego żywota jest potrzebne/On the other hand they have everthing necessary for buttefly life







Chyba im za bardzo nie przeszkadzamy, skoro siadają nawet na ludziach/I hope we don't bother them as they sit also on people


Podziemia motylarni nie robią dobrego wrażenia i naprawdę instytucja mogłaby się trochę postarać, bo oprócz paru sztucznych gigantów, które mogłyby śnić się po nocach, nic tam nie ma.


The basements of the butterfly zoo don’t make good impression and the institution should put some efforts as there is nothing but some artificial giants which could live in nightmares.



wtorek, 12 października 2010

Galeria Bali w Warszawie/Bali Gallery in Warsaw



Ostatni weekend był pełen wrażeń. Po pierwsze minęła nasza pierwsza rocznica ślubu, którą świętowaliśmy w Galerii Balii – podobno jedynej restauracji balijskiej w Europie. Po drugie w sobotę zdałam egzamin na starszego sternika motorowodnego, dzięki czemu będę uprawniona do prowadzenia statków na morzach zamkniętych np. po Bałtyku, do czego jednak się umiarkowanie palę, no chyba, że chodziłoby o rejs po wyspach greckich. Po egzaminie udaliśmy się na przedostatnią w tym sezonie przejażdżkę naszym jachtem, trzeba go bezwzględnie wyciągnąć z wody w tym tygodniu, bo niedługo będzie można już wyrąbywać go z przerębla. Rejs połączyliśmy z obiadem w restauracji Pan Tadeusz, ale o tym innym razem, bo jest to odkrycie kulinarne na miarę oddzielnego postu.

The last weekend was full of events. First of all we had our first anniversary of marriage, which we celebrated in Bali Gallery –it is supposed to be the only Bali restaurant in Europe. Secondly, on Saturday I passed my exams for second level of motorboat license thanks to which I will be allowed to steer boats on closed seas – for example on Baltic sea, I am not very eager to do it, well, maybe if it comes to Greek Islands cruise;-) After the exam we went for a last trip on our boat, this week we need to indisputably take it out from water if we want to avoid hacking it out from air – hole. The cruise ended in Pan Tadeusz restaurant – a real discovery which is worth of a separate post.

Łodka idzie do remontu, ciekawe czy ją poznamy na wiosnę;)/The boat will undergo repairs-I wonder if we are able to recognize it in spring;-)



Ostatni łabędź w tym roku-martwię się, że niektóre młode są jeszcze całkiem szare, więc pewnie nie zdążą odlecieć przed mrozami/Last swan this year - I am afraid that some of the swans kids are grey so they will not manage to fly away before frost


Wciąż ładnie, ale na pływanie już za zimno/Still pretty but too cold for boat trips

Teraz parę słów o Galerii Bali w Warszawie przy ulicy Jasnej. Wybierałam się tam już parę lat temu ale zawsze jakoś się nie składało. Trochę paraliżowały mnie ceny, które można określić jako wygórowane nawet jak na moje rodzinne miasto;-) Pierwszą rocznicę ślubu ma się jednak raz w życiu (z reguły;-) więc tym razem klamka zapadła.

Now a few words about Bali Gallery in Warsaw at Jasna Street. I was planning to go there a few years ago but it happened somehow that I had never been there before. I was a little bit paralyzed by exorbitant prices, high even when we consider prices in my city (capital city is always expensive but this place is more than exepnsive). The first anniversary of marriage you have only once in a lifetime (as a rule;-) so this time the decision was made.




Galeria Bali oferuje szeroko pojęte jedzenie azjatyckie, a ściślej indonezyjskie. Na pierwsze danie zdecydowaliśmy się na zupy – oboje krewetkową, z tym, że Jacek Tom Yam Kung a ja Laksa – jeśli chodzi o skład różniły się jedynie tym chyba, że w mojej było mleczko kokosowe. W smaku ok. Nie jestem wielką specjalistką od kuchni tego regionu, ale pojęcie wywaru, będącego podstawą zupy, nie jest mi obce. Niestety w Galerii Bali wszystkie składniki, które służyły ugotowaniu wywaru, znalazły się w miseczkach. Zaznaczam, że nie są to składniki jadalne – trudno wymagać bym gryzła z zapałem cały korzeń imbiru czy żuła trawę cytrynową w całości. To tak jakby podać komuś rosół w restauracji z liśćmi laurowymi, opaloną cebulą i kawałem selera w całości. Zupy, choć były smaczne, w natłoku wszelkiego śmiecia, ledwie dawały się zjeść.


Bali Gallery offers a broad scope of Asian food, and more exactly Indonesian. We chose soups with shrimps – Jacek took Tom Yam Kung and I Laksa soup – when it comes to the ingredients, they probably differ only from each other that in mine there was coconut milk. I am not a specialist on this region cooking but I understand the meaning of the word stock which constitutes basis for soups all around the world. Unfortunately in this restaurant, all ingredients used for making the stock ended up in the bowls. I would like to underline that those ingredients were not eatable – it is hard to demand that I would bite with pleasure a whole ginger root or chew lemon grass. This is a little bit like serving somebody consommé with bay leaves, smoked onion and a big celeriac. The soups were delicious but due to the crowd of those “trash”, it was really hard to eat them.

 



Na drugie danie zdecydowaliśmy się na to samo – krewetki królewskie z owocem carica. Niestety daliśmy się nabrać – w menu zastrzegano, że owoc carica jest niezwykle rzadki – serwuje go zaledwie kilka restauracji w Europie – trzeba było najpierw poszukać w Internecie! Carica to prostu papaja. Dla mnie danie mimo tego małego „chwytu marketingowego” było bez zarzutu choć ilość ryżu na ogromnym talerzu można określić jako śladową.

For the second dish we decided for the same plate – shrimps with carica fruit. Unfortunately we were taken in – the menu said that carica fruit is extremely rare – its served in a few restaurants in Europe – stupid me! I should have verified this in Internet first. Carica is simply the same as papaya. For me this dish despite this ‘small marketing trick’ was perfect but that they served it with a litlle bit more than a trace amount of rice.



Wreszcie deser – zdecydowałam się na zapiekane owoce drzewa chlebowego, a Jacek na zielone naleśniki. Niestety deseru było również nie za wiele, ale cóż, liczy się, że spróbowaliśmy;) Ogólne wrażenie – nie było źle, choć za taką cenę spodziewaliśmy się kulinarnego szaleństwa a otrzymaliśmy przyzwoitą kuchnię azjatycka.


Finally – the desserts – I took fried breadfruits and Jacek green pancakes. Unfortunately the portions were not big again, well, at least we tried:) General impression – it wasn’t bad but for this price we expected a great adventure and we got proper Asian food.