wtorek, 7 lipca 2009

Termy/Thermes











































2009-06-14

Jest wczesny ranek i nasza pierwsza niedziela na wyspie Kos. Zaraz zabiorę się do przyrządzania codziennej porcji sałatki greckiej, obowiązkowego składnika śniadania przez najbliższe 2 tygodnie:) W planach mamy wizytę w Thermes – tutejszych gorących źródłach, które wpadając do morza, ogrzewają je na tyle, by ciągnęły tam tłumy złaknionych wrażeń turystów. Termy nie kwalifikują się dla turystów podróżujących z Tui-ludzie wchodzą, patrzą się na zwały czarnego żużlu i nie za bardzo wiedzą, po co oni tu przyjechali – większość ludzi była zupełnie sucha i ze sztywno naciągniętymi białymi skarpetami. Tymczasem, by docenić urok Term, trzeba skusić się na wejście w tunel wydrążony społeczną łopata i zanurzyć stopy w gorący potok siarkowej wody. Było już dobrze gorąco, co najmniej z 60 stopni, dla kontrastu morze było dość zimne, więc można było poczuć się poniekąd jak w ruskiej bani. Tak więc jedynie koneser greckich smaczków doceni niepowtarzalny urok tego miejsca, a wyjątkowy podróżnik - koneser klasy A, jak Jacek, zabierze nawet ze sobą półtora litra siarkowego roztworu na drogę:) A ja się dziwę, co tak w pokoju specyficznie pachnie! Po Thermach udaliśmy się znów do miasta Kos, by wypróbować kuchnię prowadzoną przez babcię – nieopodal hali targowej, ulcią (Vas Pavlou) w stronę podmiejskiej pętli autobusowej. Babcia nie żałowała oliwy do mussaki. Zaprosiła mnie na zaplecze, które po prostu stanowiło część restauracyjki, pokazawszy dzisiejsze wyroby, w tym właśnie dużą formę z mussaką. Wyobrażam sobie, że to co nie zjedzą turyści (a pewnie niewielu ma odwagę by wejść do knajpy, która nie przypomina Mac Donalda), dostaje na kolację grecka rodzina. Szkoda, że lokal babci jest już na wynajęcie, takich miejsc niestety nie będzie przybywać. Nie tyle, żebym jakoś specjalnie zachwyciła się mussaką, szkoda jednak, ze tradycyjny styl życia jest w zaniku, wszędzie powstają holenderskie knajpy i turystyczne przybytki a la Grek Zorba…








It is early morning and our first Sunday on the Island of Kos. I am just going to start preparation of Greek salad, our obligatory element of breakfast for next two weeks:) We are planning to visit Thermes – local hot springs, which falling into sea, warm the sea enough to attract crowds of tourist craving for impressions. Thermes is not for TUI – like tourists – people are entering, looking at the balck slagheaps and do not know why they are here – most of people was totally dry and wore white socks on the beach! Whereas to appreciate the charm of Thermes, you need to enter into the tunnel drilled with a common spade and to dip feet into hot sulphuric creak. It was quite hot, at least 60 degrees, by contrast the sea was quite cold, so you could feel like in a Russian bania. So again, only a connoisseur of Greek attractions would appreciate the exceptional charm of this place and an exceptional connoisseur of class A, like Jacek, could take even 1 and ½ liter of sulphuric water away. And I am wondering what is so strangely smelling in our apartment! After the visit in Thermes we went again to Kos City to try out the cooking of a local 'grandmother'– close to the Agora, following the street Vas Pavlaou towards the suburban bus station. The grandmother did not grudge olive oil in moussaka. She invited me to the kitchen, which was simply a part of the restaurant, to show me today’s meals, including also a big form of moussaka. I can imagine that what is not eaten by tourist (and not many of them is enough courageous to enter a place which does not remind Mac Donald’s) is eaten by her family for supper. It is a pity that the grandmother’s place is already for rent, such places will not unfortunately grow in numbers. It is not the issue that I was especially amazed by her moussaka but it is a pity that the traditional lifestyle is disappearing, there are Dutch pubs appearing and tourist places a la Greek Zorba.

1 komentarz: